Ostatnio podjechałem na parking do firmy, gdzie przepracowałem 13 lat swojego życia. Wstawałem codziennie rano o 5:40 by dojechać z Wodzisławia Śląskiego do Gliwic. Dzień w dzień. Nie lubiłem pracy zdalnej, wolałem pracować zawsze na miejscu. Dzień w dzień przez 13 lat.

Stojąc na tym parkingu ani przez chwilę nie zastanawiałem się dlaczego przyjeżdżałem tu każdego dnia i z tym polskim uśmiechem na twarzy zaczynałem kolejną przygodę w kolejnych projektach.

Odpowiedź jest prosta. Ludzie. Ale nie byle jacy.

Jest taki typ ludzi w każdej organizacji, którego nie ma w żadnym schemacie organizacyjnym ani diagramie hierarchii. Nie ma bezpośrednich raportów, nie ma budżetu, nie siedzi w salach konferencyjnych. A mimo to, jeśli go zabraknie, coś się psuje. Nie od razu. Powoli. Tak jak psuje się atmosfera.

W tej firmie był ktoś taki. Pan Sosenka. Były sztygar, non-IT, wstawał wcześnie rano i ogarniał wszystko co trzeba było ogarnąć. Odśnieżanie. Budynki. Jak czegoś potrzebowałeś, miał schowane.

Pusty parking we mgle

Kiedyś potrzebowałem podestu na znicz olimpijski, robiliśmy go z koksownika na wewnętrzny event. Pan Sosenka od razu powiedział, że ma coś takiego i że ma jeszcze trochę złotej farby skitranej, więc jak chcemy to pomaluje. Nie dlatego że ktoś mu kazał. Po prostu tak działał.

Nie był jedyny. Było ich kilku takich w tamtej ekipie. Ale zostaje mi w głowie jako symbol czegoś czego nie da się wpisać w żaden KPI.

Przez lata myślałem że motywacja do pracy wynika z projektu. Z tego co budujesz, z sensu zadania, z tego czy masz wpływ. I to wszystko prawda, ale to nie jest cała prawda.

Pamiętam jeden projekt, dwa lata pod wodą. Ciągłe gaszenie pożarów, harmonogram który był życzeniem a nie planem (półtora miesiąca na roczny projekt), wymagania które się zmieniały zanim zdążyłeś wdrożyć poprzednie. Projekt obiektywnie do niczego. By zdążyć z terminem pracowaliśmy po 12-14 godzin dziennie. Świątek, piątek, sobota, niedziela. A jednak jakoś chciało mi się przychodzić.

Dlaczego?

Nie liczyłem ani na dodatkową kasę, ani na uścisk prezesa. Było widać, że nie jestem w tym sam i że inni chcą tak samo. Ten niepisany kontrakt że jesteśmy w tym razem, i że razem nam się chce ogarnąć coś, co ogarnąć się nie da.

Dowieźliśmy.

Zespol gasi pozar

Dlaczego piszę o tych dwóch przypadkach?

To jest przykład grawitacji którą współtworzą ludzie dookoła. Ludzie przez których zachowania, odchodząc po 13 latach, czułem że zostawiam za sobą coś ważnego i wyjątkowego.

Tego nie da się zarządzić z góry. Widziałem liczne szkolenia team-buildingowe, puste frazesy wypisane na ścianach udające wartości, uładnione newslettery o kulturze organizacji. Z miernym skutkiem. Kultura która jest prawdziwa powstaje inaczej. Od dołu. Przez konkretne zachowania konkretnych ludzi, często w tle, często bez agendy.

Pan Sosenka nie budował świadomie kultury. On po prostu wstawał rano i ogarniał odśnieżanie. Rafał nie zmienił kolejności zegarów pokazujących godziny w różnych strefach czasowych na ciąg rosnący dlatego że ktoś mu kazał, po prostu uznał że tak będzie lepiej. Zbyszek powiedział że w sumie jedzie po drodze i pomógł nam przy organizacji imprezy po godzinach. Krzysiek rozładował zmywarkę bo był pierwszy w biurze.

Takich zachowań mógłbym mnożyć i mnożyć. To jest prawdziwa kultura. Bez oczekiwania na podziękowanie i oklaski.

pusta kuchnia biurowa, zmywarka otwarta, poranny luz - drobny gest który nikt nie widzi

Pan Sosenka ma wiele imion: Jarek, Rafał, Zbyszek, Antek, Wiola, Basia, Krzysiek, i wielu innych których nie wymieniłem.

Bohaterowie organizacji rzadko wyglądają jak bohaterowie. Częściej wyglądają jak ktoś kto ma zawsze schowane to czego akurat potrzebujesz.